stickyimage

Kino utracone

Ten nieco przewrotny tytuł to wstęp do rozważań na temat możliwości współczesnej produkcji filmowej. Jak wygląda dzisiaj robienie filmu od kuchni? Lektura na poważnie, ale z przymrużeniem oka, obowiązkowa dla wszystkich fanów kina i efektów specjalnych. 

Era kina cyfrowego

Koniec zdjęć to tak naprawdę dopiero początek tworzenia filmu. Współczesny montaż to nie tylko ułożenie poszczególnych scen w logiczną całość, ale olbrzymia praca nad efektami wizualnymi i dźwiękowymi, tworzeniem wirtualnej scenografii oraz generowaniem elementów nieistniejących w rzeczywistości.

Często zanim powstanie wersja emisyjna, czyli ta, która obejrzysz w kinie lub telewizji, upływa dużo więcej czasu niż na samych zdjęciach. Wybitnym przykładem jest tutaj „Avatar” Jamesa Camerona, który spędził w postprodukcji dwa razy dłużej niż trwał jego plan filmowy.

Specjaliści od wielkiej ściemy

Nakręcony materiał eksperci od grafiki i animacji poddają tak skomplikowanej i wielopoziomowej obróbce, że czasem trudno poznać pierwowzór materiału. Występujący przed kamerą aktorzy na zielonym lub niebieskim tle, w komputerze mogą znaleźć się w dowolnym miejscu wszechświata.

Technologia jest tak zaawansowana, że trudno określić, czego nie da się zrobić. W przypadku superprodukcji takich jak chociażby „Titanic”, „Gra o Tron”, „Władca Pierścieni”, „Gwiezdne wojny”, „Piraci z Karaibów”, „Matrix” czy „Avatar” ich twórcy raczej nie muszą martwić się o jakiekolwiek ograniczenia, a my mamy gwarancję, że zobaczymy i kino, i efekty specjalne najwyższej klasy.

Pandora nie istnieje

Świadomość, że gdzieś na świecie jest szafa, przez którą da się wejść do Narni sprawia, że życie wydaje się piękniejsze. Również przyjemnym złudzeniem jest myśl, że któregoś dnia będziemy mogli posłać nasze dzieci do szkoły dla czarodziejów. Największe rozczarowanie serwuje jednak swoim widzom „Avatar”. Pandora, planeta na której toczy się akcja filmu po prostu  nie istnieje. I to podwójnie, bo nie tylko nie ma jej w naszym układzie słonecznym, ale co gorsza, nie jest to nawet żaden australijski czy nowozelandzki plener. Nie będzie wycieczki śladami bohaterów filmu, wielkie oszustwo, które nam zaserwowano to w ponad połowie wytwór speców od komputerów.

Happy End

Nie ma już żadnych granic, bo nawet żywych aktorów, można zastąpić cyfrową porcją danych. Wspominany już kilkukrotnie „Avatar” robi to w mistrzowski sposób i chociaż mamy prawo czuć się oszukani, nie sposób odmówić całej produkcji formatu prawdziwego arcydzieła. Jednak dopóki magia kina działa, możemy chyba spać spokojnie. Bo czy nie o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi?

 

Tagi: , , ,

Skomentuj artykuł

Wymagane